AGea-geologia logo
OFERTA NADZÓR BUDÓW O FIRMIE KONTAKT
     
 
PO GODZINACH
 




PO GODZINACH


Wilk syty i Jagnię całe
czyli Maroko na zimowo


Telefon od Sambora gdzieś w środku stycznia: Jagna, nie chciałybyście z Wilczycą dołączyć do ekipy marokańskiej? Pytanie retoryczne! Choć byłam tam w październiku, nadal mam niedosyt. Podjęcie decyzji zajęło krótką chwilę.

W porównaniu do października tym razem kilka rzeczy jest bardziej skomplikowanych: Sambor musiał przyjechać po moje moto do Zielonej Góry, bo jak tu w śniegu jechać gdzieś dalej? Do tego jest przed sezonem i nie lata jeszcze samolot Wrocław - Malaga, musimy kombinować z przesiadkami.

Na weekend przybywa niemiecka siła fachowa w postaci Fazika, robimy szybki acz skuteczny przegląd DR połączony z wymianą oleju. Opony muszą starczyć (Dunlop Sport kupione na poprzedni wyjazd), łańcuch też, w końcu ma dopiero 3 kkm.

W niedzielę wieczór dojeżdża Iveco Team w składzie Sambor, Wilczyca, Maciek. Z powodu roztopów nie ma opcji podjechania pod dom, załadunek następuje przy głównej drodze, w świetle lamp mojego vw. Żegnam czule swoją DR...




Trzyosobowe Iveco Team podąża zaśnieżoną Europą do Malagi. Lepsze sprzęty pochowane w busie, Suzuki x 5 na przyczepie, smagane śniegiem i wiatrem. I niestety narażone na sól drogową...


Środa rano wsiadam w vw i ruszam na Wrocław. Auto na parking, ja na lotnisko. Rozglądam się za resztą ekipy - nie znam nikogo. Na szczęście zjawili się w motocyklowych ciuszkach. Ekipa dość zróżnicowania: trzech kumpli jeżdżących na co dzień HD: Waldek, Krzychu, Jasiu, samotny KTMiarz, czyli Janusz oraz GS-Brothers (a właściwie powinno chyba być GS-Brüder), czyli Adam i Sławek. Razem 10 osób. W tym 20% kobiet ;)

W trakcie przesiadki w Liverpoolu następuje szybka integracja poparta kilkoma dzbankami brytyjskiego piwa. Wygląda na to, że się dogadamy ;)
Wieczorem lądujemy w Maladze i kręcimy nosem na temperaturę, jest zaledwie +10. Na lotnisku czeka Sambor z Wilczycą, ładujemy się do busa i ruszamy w kierunku Gibraltaru, gdzie stoją nasze motki.

Wieczorem część druga integracji, tym razem przy hiszpańskim czerwonym wytrawnym. Ponownie wygląda na to, że się dogadamy ;)

Odcinek 2, czyli nosił Wilk razy kilka, ponieśli i Wilka

Rano wstaję z lekkim szumem w głowie (to z pewnością efekt nocnego spaceru nad szumiące morze, przecież po czerwonym wytrawnym nie szumi).
Mamy kilka godzin na "wjeżdżenie" się, w końcu mamy koniec lutego i pewne zaległości ;) Ruszamy z Wilczycą w stronę morza.
Najpierw robimy rzut oka na gibraltarską skałę:


Gonią nas GS Brothers:


Trzeba koniecznie zmyć sól z maszyn, bo jakiś dziwnie rudy nalot zaczyna się pojawiać:


Koło południa każdy się mniej więcej skompletował z maszyną i ruszamy w stronę Afryki. Dojeżdżamy na prom w Tarifie, w ramach oszczędności DRki Wilczycy i moja lądują na busie.
Kupujemy bilety, pani w okienku myli się tylko trzy razy przy wypisywaniu (za każdym razem woła całą ekipę z powrotem) a na koniec okazuje się, że bus nie wjedzie na prom, bo jest za wysoki. Hm.

Sambor musi jechać z resztą ekipy, bo jest właścicielem części motocykli i chce pomóc chłopakom przebrnąć przez odprawę celną.
Koniec końców męska część ekipy odpływa jednym promem, a bus z Wilkiem i Jagną czeka na drugi.

Mamy zatem czas na szybki spacer po Tarifie:


połączony z degustacją tortilla de camarones ;)

Europa żegna nas gradobiciem, wjeżdżamy na prom:


i zaczynamy wzbudzać pewną sensację. Dwie dziewczyny + niemałe Iveco z dwoma DRkami na pace...


Sensacja ma swoje dobre strony, dostajemy pierwsze miejsce w kolejce do wjazdu, a przy zjeżdżaniu kierujący ruchem zatrzymuje inne samochody i każe nas przepuszczać ;)

W kolejce na cle jest jeszcze ciekawiej, bo Marokańczycy zaczynają nas pokazywać palcami i robić dziwne miny. Bierzemy się za wypisywanie kwitów celnych (są wyłącznie po arabsku i francusku) i uświadamiamy sobie, że przecież i tak nic nie zrobimy, bo żadna z nas nie jest właścicielką busa! Na szczęście nadchodzi Sambor, i "już" po godzinie przepychanek paszportowo-celnych możemy odjechać.

W Tangerze Iveco zostaje zastąpione wozem serwisowym, które będzie wiozło nasze bagaże oraz niezbędny ekwipunek:


Marka naszego wozu serwisowego będzie obiektem niewybrednych żartów do czasu, jak zobaczymy je w akcji na górskich serpentynach ;)

Sambor wsiada do Dacii a Jagna z Wilczycą robią obstawę na DR. Nasza ekspedycja zaczyna się z grubej rury, przejazdem przez centrum Tangeru... Uf, niby to już przerabiałam, ale zawsze... Trzeba się przestawić na afrykańskie zasady ruchu, szczególnie na rondach ;)

Lądujemy w hotelu na starym mieście, jest całkiem klimatycznie, i oczywiście integrujemy się dalej, tym razem czymś o bursztynowej barwie i smaku samogonu...


I znów część ekipy nie umie grzecznie spać, tylko idzie na miasto. A medyna w Tangerze jest warta grzechu... W dodatku w środku nocy jest pusto i przez to jeszcze bardziej klimatycznie. Znajdujemy nawet otwartą knajpkę i rozpoczynamy przygodę z marokańską kuchnią ;) Tylko dlaczego nikt nie wziął aparatu?

Poranek w Tangerze jest rześki, ale już niedługo potem temperatura przekracza magiczne +20o ;)

Po śniadaniu jedni szukają wulkanizatora:


Inni mają problemy ze zbyt krętymi hotelowymi schodami:


Jeszcze inni mają niedosyt i jadą w miasto:


W końcu, koło południa, ruszamy. Cel na dziś: El Jebha. Droga wiedzie wzdłuż Morza Śródziemnego, piękny, zakręciarski asfalt.


W końcu ciepło, morze i palmy:


Kolejne podejście do kuchni marokańskiej, która na samym początku wybitnie podpadła Jasiowi:


Jasiek tropi specyficzną marokańską przyprawę (jakaś currypodobna mieszanka) w każdym daniu (łącznie z deserem) i nie może się nadziwić, że prosząc o kotlet dostał grillowane żeberka. Marudzi przy tym straszliwie...

Maciek narzeka na jakieś łożysko w Afryce:


I niestety szybko wciela problem w życie na kolejnym rondzie. Zalicza przepiękny szlif asfaltowy, na szczęście osobno szlifuje Maciek, osobno AT. Obserwuję w lusterkach z przerażeniem iskry wydobywające się spod gmoli...

Tymczasem Maciek wstaje , otrzepuje się, stawia AT na kołach i jedzie dalej. Konsekwencje całego zdarzenia to mała dziura w kurtce oraz starty gmol. Twarde sztuki...

Upewniwszy się , że wszyscy będą żyć, jedziemy dalej.






Kobieca część teamu:


Zaczynają się górki i podjazdy, a moja DR zaczyna prychać powyżej 6000 obrotów. Hm, już to przerabiałam jesienią, konieczne było czyszczenie gaźnika wykonane przez Szparaga. Ale teraz Szparaga niet...

Dojeżdżamy do El Jebhy, parkujemy pod hotelem (albo raczej "hotelem" ;) )

Trzeba wjechać na dość wysoki krawężnik, za bardzo się rozpędzam w tym celu, ręka coś za wolno przenosi się z manetki na klamkę i ... zabrakło mi metra do wyhamowania. Koncertowo wjeżdżam w Wilczycę. Wilcze DR stoi, Jagnięce DR pada, a sama Jagna pada na kolana ...

Towarzystwo męskie jakoś mało skore do pomocy, zaczynam już powoli zbierać się do głośnego wyrażenia co myślę o tej sytuacji, ale podchodzi Sambor i mogę w końcu wyleźć spod maszyny.

Widzę lekkie przerażenie w oczach Sambora, nic nikomu się nie stało, ale musiałam o coś zahaczyć nosem i poleciała krew. Na nic nie zdają się tłumaczenia, że Jagny tak mają i to nic groźnego. Usiłuję tylko nie zabrudzić całego kasku od środka ;)

Na szczęście nikt nie zdążył wyciągnąć aparatu ;)

Wieczorem pożywiamy się w fantastycznej knajpce rybnej


Na zdjęciu ekipa HD, w tym główny kontestator kuchni marokańskiej. Mina Jasia (ten po prawej) pokazuje , że i tym razem nie spodziewa się on niczego dobrego..

A jednak! Były krewetki, kalmary i lokalne, nieznane nam bliżej rybki. Wszystko świeże i pachnące!


Sambor podsumowuje przy kolacji moją kolizję; "Jagna, w sumie do nawet dobrze, że Wilczyca stanęła ci na drodze. Bo inaczej wjechałabyś w meczet i mielibyśmy konflikt religijny".

Po kolacji Wilczyca i ja otwieramy woman-garage-service czyli czyszczenie gaźnika wersja lejdis. Wilczyca w roli Werkstatmeisterin, a ja pomagier.

Najpierw jednak herbatka, kuchenka rozstawiona w toalecie:


W tle słynne zielone wiaderko do spłukiwania ubikacji. Niebieskie wiaderko posłużyło natomiast do spuszczenia benzyny z DR w celu wyczyszczenia gaźnika.

A tu się już czyści:


W trakcie czyszczenia, wraz z pojawieniem się męskiej publiki, znikło rzeczone wiaderko. Po pewnym czasie rozległy się okrzyki "czemu tak śmierdzi w kiblu???". No cóż. Dobrze, że Jasiu nie miał nawyku palenia siedząc na sedesie...

Schodzę kolejny raz po benzynę i możemy dokończyć dzieła. Gaźnik wygląda na czysty, zobaczymy jutro, czy leczenie pomogło...

Nasza sypialnia przypomina zapachem CPN, więc idziemy na piwko pokój obok:


Wstajemy całkiem wcześnie, plany mamy ambitne, śniadanie, upychanie kolanem bagaży w wozie serwisowym (tylne drzwi wydają się jakby lekko wypukłe...), ruszamy.

"Krzychuuu!! Stój!!!! Olej!!!!!"
ale Krzychu oczywiście nie słyszy i jedzie dalej, zostawiając za sobą piękną plamę oleju oraz znacząc wyraźnie swój ślad. Na szczęście jechał niedaleko, tylko na stację.

Szybko formuje się konsylium:


...i nie ma już wątpliwości: wywaliło simmering wałka zdawczego. A zapasowego brak. Sambor rusza na zwiady do wszystkich okolicznych mechaników, ale takiej gumy akurat nie mają.

Sprawca nieszczęścia, czyli Krzychu:


Krzychu ogólnie przynosi pecha sprzętom - na co nie wsiądzie, MUSI się popsuć nie dalej niż za 100 km...
Sambor wraca bez simmeringu, ale za to z różnymi preparatami:


które niestety nic nie dają. Jest problem. Simmering trzeba skombinować. Czekając na rozwiązanie:


Do tego w trakcie Wilczo-Jagnięcych oględzin TT (były zaciekawione niebieskawym wyciekiem z maszyny) objawił się kolejny problem, zdecydowanie dobitniejszy:


Ta maszyna już raczej nie pojedzie...
No to mamy podwójny problem.

Następuje rozdzielenie ekipy, ci, którzy mają czym, zrobią rundkę po górach Rif, reszta jedzie do Tetouan po simmering. Oraz do Mariana ;)

No to jedziemy ;) Wybieramy krętą drogę prowadzą z El Jebha na południe, do drogi N2 (chyba N2...) droga z początku wydaje się szutrowa, ale chwilę później jest asfalt, niekiedy poprzerywany szutrem. Jest wąsko, kręto i górsko, czyli tak jak Jagnięta lubią ;)


GS Brothers polujące na Wilczycę:


Momentami mam wrażenie, że moja DR znów pod górę się lekko dusi, ale może jestem przewrażliwiona...


Niestety nie ma słońca, ale i tak jest wiosennie:


Soczysta zieleń...


Kobiety mają różne sposoby na podróżowanie:


Jakoś tak mało fachowo wyglądają te z prawej przy tych z lewej:


Wjeżdżamy na ponad 2000 m n.p.m. i DR zaczyna coraz bardziej prychać i dusić się, w końcu gaśnie. Czyli jednak nie gaźnik...


Oczywiście musiała stanąć w największym błocie i zimnie... Robimy oględziny, Wilczyca znajduje wiszący wężyk nie-wiadomo-od czego-i-po-co, a ja zaczynam obstawiać dolot powietrza, skoro problemy narastają z wysokością. Do tego niektórym nie podoba się dodatkowy filtr paliwa zamontowany przez Fazika.

Ponieważ nie wiemy, co DR dolega, postanawiamy rozwiązać wszystkie powyższe problemy. Czyli:
1. wywalić filtr paliwa
2. wetknąć wężyk gdzie się uda
3. obejrzeć filtr powietrza

Po zdjęciu baku znaleziono otwór, który nadawał się do wetknięcia wężyka, a po zajrzeniu do filtra (mokry) stwierdzono pewne nieprawidłowości w jego montażu (następnym razem spróbuję ograniczyć spożycie noteckiego jasnego w czasie czyszczenia filtra, obiecuję!).

Po zamontowaniu wężyka, baku oraz filtra powietrza ruszam. Jedzie! Jedzie! Oj, oj, jednak nie... gaśnie!
Podjeżdża Maciek. "A kranik otworzyłaś?" Ehhh, it's not easy to be a woman....


Po otwarciu kranika DR furczy, aż miło! i będzie tak aż do końca wyjazdu! I do dziś nie wiem, która z przyczyn była tą główną. A może wszystkie po trochu?
Jedziemy dalej!
I znów jest ładnie:


Wjeżdżamy na główniejszą drogę i kierujemy się na Chefchaouen, jedno z piękniejszych miast w Maroko, słynące z niebieskiej barwy ścian budynków.


Ale na razie przedzieramy się przez Bab Berred. Ciekawe, że w miastach jakoś zwykle brak asfaltu...


W końcu wyłania się zza wzgórz Chefchaouen, faktycznie niebieskawe:


dojeżdżamy do Chefchaouen, gdzie Maciek chce nas zaciągnąć do knajpy, w której kiedyś był. Sporo kluczymy, zawracamy w ciasnych uliczkach, w końcu Maciek jedzie pod prąd, reszta nie i znikamy sobie z oczu.
Postanawiamy czekać na niego tam gdzie się nam zgubił.
Czekamy:


podziwiamy klimatyczne zaułki Chefchaouen:


a Maćka niet. Wilczyca jedzie na zwiady (polowanie?), ale go nie znajduje. No cóż, idziemy sami na późny obiad i wracamy do El Jebhy. Robi się ciemnawo, więc nie ryzykujemy nieznanej drogi przez góry, którą mieliśmy zaplanowaną, tylko takie bardziej główne, czyli P4105 do Oued Laou i dalej znaną nam już N16 brzegiem morza.

To był dobry pomysł, bo już do N16 dobijamy praktycznie po ciemku. N16, choć główna, obfituje w zakręty, nieoświetlonych pieszych i rowerzystów oraz wałęsające się psy. Jedziemy więc dość wolno i asekuracyjnie. Janusz stwierdza: "K..., nie wiedziałem, że w nocy może być tak ciemno!". Witamy w Afryce...

Tuż przed El Jebha w DR Wilczycy kończy się paliwo (ma najmniejszy bak, fabryczny) i tradycyjnie benzyną służy DR Jagny, pseudo "cysterna" (bak akcesoryjny). Cysterna była chyba jednak skąpa, bo jakieś 300 m przed miasteczkiem Wilczyca ponownie staje ;)

W końcu dobijamy do hotelu, tym razem nawet nie próbuję wjeżdżać na krawężnik. Czeka na nas z lekka wkurzony Sambor ("czy nie można było zadzwonić, że się spóźni?") oraz urażony głęboko Maciek (ten dla odmiany nic nie mówi).

Na szczęście wyjazd do Tetouan był udany, zakupiono dwa simmeringi (jak się okaże niebawem, to był bardzo dobry pomysł) oraz odwiedzono Mariana*. Czyli znów możemy się integrować!
(...i do tego trzeba udobruchać Maćka, który po kątach mamroce coś o upartych, nieposłusznych i ogólnie niedobrych motocyklistkach ;) )

*dla niewtajemniczonych: Marian to sieć sklepów z alkoholem, trudnodostępnym w Maroko

Oj, noc nie była łatwa. Mimo rezygnacji z kolacji oraz profilaktycznego zdezynfekowania żołądka czystą, zatrucie na całego. I to w tak porządnej knajpie! Mam coś pecha do Maroka, już drugi raz przerabiam to samo. Tamtejsze bakterie wybitnie mnie nie lubią, a zdarzało mi się jadać w miejscach, które były dużo bardziej na bakier z higieną...

Niewyspana oraz słaba (brak kolacji i śniadania) wsiadam na motocykl. W końcu to podobno lekarstwo na wszystko ;) chce się być motocyklistką, trza zagryźć zęby (patrz tytuł odcinka ;))

Na szczęście jest ciepło, słońce, i ogólnie wiosna. Lecimy N16 (zakręciarski asfalt), a później odbijamy na południe, na drogę również asfaltową, ale z przerwami ;)




Sambor z Wilczycą prowadzą wóz serwisowy


Reszta tradycyjnie:




Czasem krajobrazy jakieś takie irlandzkie?





Ładnie to tak wyprzedzać na ciągłej?


Dobijamy w końcu do N16, ale w Ketamie zjeżdżamy na mniej główną, znów na południe.
Czekamy, aż Dacia pokona dziurawy asfalt. Oj, wytrzymałe musi mieć to zawieszenie...

Za Ketamą zaczynam mieć spore problemy z koncentracją, a wjechanie w każdą dziurę kończy skurczem żołądka. Mam chwilowo dość. W końcu od czego mamy wóz serwisowy?

Zjeżdżam na pobocze, czekam na Dacie zamykającą naszą karawanę i proponuję Wilczycy zamianę. Ale Sambor jest szybszy ;)

Wsiadam obok Wilczycy, usiłuję nie wydawać jęków, kiedy Dacia zakręty pokonuje bokiem i zaraz zasypiam. Pamiętam jakąś pauzę niedaleko Fezu, towarzystwo pije espresso, a ja dostaję rumianek w termosie...

Śpię dalej...

Omijamy Fez, ładna droga przez wysokie dość góry, sporo śniegu. Na każdej większej łacie śniegu dziesiątki ludzi z sankami!


Śpię dalej...
Budzi mnie pytanie Wilczycy: "dlaczego wyprzedzają mnie motocykle, sokoro jechałam ostatnia?" Hmmm...
Śpię dalej...

Ale niezadługo... telefon od Sambora "Gdzie wy wszyscy jesteście?" No cóż, jako dopiero obudzona nie bardzo wiem. Co gorsza, Wilczyca też za bardzo nie wie... Ton głosu Sambora nieco wzrasta, więc grzecznie odpowiadam, że zorientuję się , gdzie jesteśmy i oddzwonię.

Orientacja zajmuje nam chwilę i widzę, że pojechaliśmy nieco inaczej niż było zaplanowane, ale za kilka km dojedziemy do odpowiedniej drogi. Dzwonię zatem do Sambora i mówię: "Sambor, zdaje się, że pojechałyśmy drogą alternatywną..." Dalszej konwersacji nie będę przytaczać ;)
(Hasło "droga alternatywna" zostało mi jeszcze wypomniane kilka razy...)
Czekamy na Sambora na skrzyżowaniu "drogi alternatywnej" z N13, gdzieś na południe za Ifrane:


Niestety czekając widzimy, jak mija nas Maciek oraz Waldek i jadą dalej, dokładnie w przeciwną stronę niż powinni. Grrrr... Jedyna nadzieja, że zobaczą jadącego z naprzeciwka Sambora i zawrócą. Maciek zawraca, natomiast Waldek w najlepsze mija Sambora i jedzie dalej. No więc Sambor zawraca... Ehh, jazda w grupie... ;)

W końcu jesteśmy wszyscy i jedziemy dalej na południe. Jest zimno i zaczyna padać, do tego już szarzeje.


Zapada decyzja o szukaniu noclegu.
Trafia się oberża (Auberge po francusku) za Timahdite, są toalety, jest prysznic, nawet kaloryfery ciepłe!

Ja pakuję się do łóżka, cała reszta wcina spaghetti na kolację, nade mną lituje się Wilczyca i pitrasi makaronik ryżowy... Resztę wieczoru dogorywam w łóżku, a ekipa korzystając z zapasów miło spędza wieczór przy kominku....


Wstaję sobie i czuję, że nie jest dobrze. A wręcz, że jest słabo... Co za wściekłe bakterie opanowały mój układ pokarmowy??
Na szczęście nie muszę długo Wilczycy namawiać, żeby zasiadła na mojej DR, a ja zajmuję znów miejsce koło kierowcy, czyli Sambora.

Trochę śpię, trochę patrzę za okno. Jest ładnie, choć nie za ciepło:


śnieg leżący dookoła coś mówi o panujących temperaturach:


Chłopaki coraz częściej mówiąc coś o ciepłej Afryce, pustyni i innych takich.


...coraz mniej widać:


Momentami się przejaśnia:


i wtedy jest ładnie...


ale nie na długo...
i w sumie to się cieszę, że mogę na moją DR patrzeć zza szyby Dacii Logan ;)


Janusz jest przygotowany na deszcz, inni za bardzo przejęli się faktem, że jadą do Afryki ;)


w końcu rozpadało się na całego, jest zimno i wieje. Wjeżdżamy na płaskowyż, brak drzew i wszyscy zaczynają tańczyć na asfalcie.
Mamy przed sobą widok Wilczycy na DR 350 i Waldka na DR 650 - wygląda to dość ciekawie...

Robi się mniej ciekawie, jak widzimy ciężarówki jadące w pochyle, a chwilę później Wilczycę zsuwającą się na pobocze. Pobocze po lewej!

Wilczyca się zatrzymuje i widzimy, że ma spore problemy z utrzymaniem motocykla a nawet siebie. Po kolejnej chwili zatrzymuje się Waldek, tym razem na poboczu prawym.
Wilczyca raczej nie ma szans w tym wietrze, lekkie moto + lekka kierowniczka... Zastępuje ją Sambor, a Waldek walczy dalej.

Na szczęście w końcu płaskowyż się kończy i wiatr traci na sile.
Gdzieś przed Errachidia Sambor stwierdza, że zaraz zamarznie i zjeżdżamy do knajpy:


Tam widząc dwóch zziębniętych i przemoczonych od razu przynoszą piecyk ;)


Reszta czeka w mieście i ma lekko dość pogody. Zostało nam 130 km do Merzougi, chłopaki jednak są tak zziębnięte, że nie bardzo mają ochotę na dalszą jazdę.

Jednak Sambor używa całego dostępnego mu uroku własnego i udaje się mu przekonać ekipę do dalszej jazdy, mamiąc przy okazji, że w Merzouga czeka na nich ciepła pustynia ;)
Najbardziej poszkodowanego (=zmarzniętego Jasia) wsadzamy do Logana, Jagna za kierownicę, Wilczyca z powrotem na swoją DR.

Jasio szybko znajduje pod siedzeniem czerwone wytrawne i przestaje marudzić.
Dodatkowo udaje mi się go skutecznie rozgrzać, kiedy usiłuję Loganem wyprzedzić i przekonuję się, że silnik 1,5 Dacii niewiele ma wspólnego z 2,0 w moim vw.

Na zmieszczenie się nie ma już szans, usiłuję zahamować i przekonuję się o kolejnej istotnej różnicy pomiędzy wyżej wymienionymi pojazdami.

Otóż Logan, choć nowe auto, nie posiada ABS-u , można zatem pięknie zablokować koła i sunąc sobie dalej po asfalcie...
Udało się jednak odzyskać kontrolę nad trakcją i zjechać na odpowiedni pas ruchu ;)
Sambor sunie na jagnięcej DR, kolana ma chyba tuż pod kaskiem ;)


A Wilczyca znów na swojej DRaculi:


Sambor dużo nie nakłamał z pogodą, bo przestaje padać. Stajemy w Erfoud i rozdzielamy się na 2 grupy.
Dacia, Waldek oraz GSy jadą asfaltem, reszta offem do Merzougi.


Dostałam zadanie odnalezienia kasby "Panorama" ("no przecież byłaś tam 5 miesięcy temu"), co w sumie nie jest takie trudne, bo stoi na szczycie górki.

Podjazd jest dość stromy i zastanawiam się, co na to Dacia. Ale Dacia nie takie rzeczy nam jeszcze pokaże ;)
Kasba Panorama to bardzo klimatyczne miejsce (tu posiłkuję się fotkami z poprzedniego pobytu)




(za kotarką jest łazienka)




Ekipa offowa zajeżdża niecałą godzinę po nas, oczywiście z uśmiechami od ucha do ucha. Sambor wręcza mi tablicę rejestracyjną, która odpadła z DR, na szczęście ktoś to w porę zauważył.
Stwierdzamy, że nie bardzo jest sens ją montować ;)

W tablicy Wilczycy zaczęły za to puszczać nity, ale od czego najlepszy wynalazek świata, czyli trytytki?

Pytamy, czy jutro będzie ładna pogoda, bo chcemy zostać tu 2 noce, pojeździć po ergu (czyli pustyni piaszczystej) oraz hamadzie (czyli pustyni żwirowo-kamienistej).
Odpowiedz brzmi oczywiście "Inszallah" ;)
Allah czy ktoś tam był w miarę dla nas łaskawy, bo pogoda jest ładna i nawet ciepło.
Plan mamy taki: popróbować sił na piachu, czyli Erg Chebbi, a potem pojeździć dookoła komina, czyli w tym przypadku po hamadzie.
Sambor pomiędzy te dwa punkty wstawia jeszcze naprawę spalonych sprzęgieł ;)

Się zatem zbieramy:


Mój żołądek się uspokoił, ale kilkudniowa dieta nie wpłynęła na mnie zbyt dobrze. Jednak zdecydowanie mam dość obserwowania innych zza szyby Dacii, więc jadę, choć mina nietęga...


Erg Chebbi to punkt obowiązkowy w Merzouga. To tu robi się te wszystkie lansiarskie fotki w piachu, które potem oglądamy na FAT ;), o na przykład takie:


Erg (czyli wydma po arabsku) to taka większa kupka piachu, mniej więcej 5 na 20 km, największa w Maroko. I systematycznie rozjeżdżana przez polskich motocyklistów...


Nasz wyjazd nosi nazwę "Maroko dla początkujących" więc różnie nam na piachu idzie...
Rozpoczynamy na płaskim:


i niektórzy (w tym ja) na tym poprzestają. Lansiarskie fotki mam już z października ;)

Ostatnie zdjęcie nieposzkodowanego Jasia oraz nieposzkodowanej DRki:


Jasio Harleyowiec radził sobie niespodziewanie dobrze na wydmach:


Podobnie jak Krzychu Harleyowiec:


Maciek na AT oraz Janusz na KTM walczyli dzielnie z materią:


choć czasem potrzebowali pomocy:


Jazda ciężką maszyną bywa wyczerpująca:


niektórzy zajeżdżali całkiem daleko:


i znikali na dłuższy czas. Sambor wyrusza na poszukiwania chwilowo zaginionych najlżejszym motocyklem:


Ponieważ mnie nie bardzo kręci skakanie po wydmach, DR stoi i się nudzi. Podobnie jak Wilczyca, której DRką jeździ Jasio.
Jako dobra koleżanka mówię więc Wilczycy: masz, popróbuj sobie... Na początku Wilczyca jeździ grzecznie, po płaskim i wzdłuż wydm. Nieźle sobie radzi.

Nagle widzę, jak wdrapuje się na wydmę. I zamiast u jej szczytu skręcić, jedzie prosto!
A wydma, jak to zwykle bywa, drugi stok ma zdecydowanie bardziej stromy. Żeby nie powiedzieć, prawie pionowy.
I właśnie ku temu pionowemu sunie Wilczyca... i wykonuje piękny lot kilka metrów w dół, mijając w locie Jasia, spadającego z innej wydmy, po czym ląduje tuż obok Janusza pogrzebanego w piachu
...
Jakimś cudem Wilczyca wyszła z tego tylko z kilkoma siniakami, a DR... No cóż...


trąba jej się nieco zakrzywiła...
Tu już chyba po trudnej rozmowie z Wilczycą, bo miny lepsze:


DR z Wilczycą wyjeżdża samodzielnie na płaskie, znajduje się kolejna drobna (acz upierdliwa) szkoda: przepadł dekielek zamykający schowek na narzędzia, choć wisiał na lince...

A inni jeżdżą dalej. Tu przewaga AT nad KTMem (gdzieś tam w tyle...)


Jasio jeździ jak nakręcony:


Tak się rozochocił, że nie można go dogonić.
Niestety jeden z jego upadków kończy się bliższym kontaktem żeber z kierownicą, a zbroi Jasio nie ma...

Nie jest fajnie. Jasiek ledwo oddycha i stoi. I zdecydowanie odmawia dalszej jazdy na dwóch kółkach. Czyli kolejna zmiana w ekipie Dacii...

Sambor namawia właścicieli AT, KTM i BMW na wypróbowanie swych sił na lekkich DRkach. Oczywiście jego, bo ja na dłuższy czas mam opory przed pożyczaniem sprzętu :mur:
Chłopaki zachwyceni, że życie nagle stało się prostsze ;)

Po kilku godzinach zabawy wracamy do Panoramy, zrywa się wiatr, robi się szaro i mamy coś na kształt lekkiej burzy piaskowej. Widoczność kiepska, pył wciska się w oczy, nie bardzo da się jechać.

Więc przeczekujemy:


Powyższe zdjęcie ma dużą wartość historyczną. Uwiecznia ono bowiem Wilczycę CERUJĄCĄ spodnie. W dodatku męskie! Nie zdradzę, który z ekipy zdołał ją do tego namówić ;)

Jasiu cierpi:


W końcu robi się jakby jaśniej i wyruszamy na przejażdżkę pustynną. W planach objechanie Erg Chebbi. W Panoramie zostaje poszkodowany Jasiek oraz Waldek (który orzekł, że piach nie jest jego powołaniem).

GS-y też się mocno zastanawiają, ale namawiam ich słowami: Chłopaki, jeśli ja dam radę, to i wy na pewno ;)
Trochę będą później na mnie źli, bo jednak na DR lepiej przeskakuje się piaszczyste łachy niż na 1200ADV...

Widoki oszałamiające, pył, pył i jeszcze raz pył...




Widoczność wynosi kilkadziesiąt metrów, pył oblepia wszystko i natychmiast zaciera ślady. Trzeba mocno uważać, żeby jadący przede mną nie zniknął z horyzontu ;)

Wiatr jest na tyle silny, że przewrócił moją DRkę, stojącą spokojnie na bocznej nóżce. No i kolejna rzecz do listy napraw: kierunkowskaz...


Aż mi ciężko uwierzyć, że z poprzedniego marokańskiego wyjazdu, gdzie w sumie było więcej offu, DR wróciła bez żadnych uszkodzeń (no, nie licząc pogiętej rejestracji, w którą wjechał Agent ;)).
I tak sobie jeździmy:




Narada GS Brothers, którzy zaliczyli właśnie pierwsze wywrotki na piachu:




Pogromcy wydm, tu już na hamadzie:


Na jednym z postojów zauważamy wyciek oleju pod jedną z DR650. Chyba znów simmering...

Do tego burza piaskowa (czy jak to nazwać) przybrała na sile, pył jest już wszędzie, prawie nic nie widać, wracamy więc do Panoramy.
Tym chyba pył nie przeszkadza:


Narada, którędy jechać:


I z powrotem w Merzouga:


I już na dziedzińcu Panoramy. Chłopakom coś brody zrudziały ;)


Ja zabieram się za rekonstrukcję kierunkowskazu za pomocą czarnej taśmy izolacyjnej (żarówka cała), Wilczyca robi za jednoosobowy rescue team i jedzie z narzędziami i simmeringiem (Sambor miał nosa, że nabył 2 sztuki) ratować DR, która została na pustyni.

W międzyczasie jednak Sambor poradził sobie za pomocą jakiś magicznych sztuczek sam.
Kiedy walczę z puzzlami, na które rozpadł się mój kierunkowskaz, na dziedziniec Panoramy zajeżdża fachowo okufrzony F800GS na brytyjskich blachach, z którego zsiada starszy pan. Trochę sobie rozmawiamy skąd przyjechał, co objechał, opowiada gdzie deszcz rozmył drogi itp.

Wieczorem, od Sambora dowiaduję się, że miły starszy pan to Tim Cullins, marokańskie guru na Horizons Unlimited. Jeździ tam nieprzerwanie od 1976...
Poranek. Wiosna, ciepło, słońce, chillout...o, jak ta kicia, Giulietta zdaje się jej było...


A to Giulio:


Poranne widoki z Panoramy na miasto i Erg Chebbi:


Ech, aż się nie chce ruszać... Ale droga wzywa...
Od dziś ekipa kierowców Dacii to Sambor + kontuzjowany Jasio, reszta na dwóch kółkach. Po burzy piaskowej ani śladu, w końcu piękna pogoda.

Jedziemy asfaltem do Alnif, obserwując do drodze efekty przedwczorajszej ulewy:


ciekawe, że na tym pustkowiu ktoś to sprząta, dzieci najczęściej...

i ładne widoczki dookoła:




Pierwszy na dziś odcinek do przejechania nie za długi, chyba niecałe 100 km
Asfalt świetny, więc zaczynam tęsknić za moją maszynką nr 2 , czyli Jagnięciną (bmw f650gs)
Ech, odkręciłabym na asfalcie... włączyła grzane manetki... schowała się za szybą... no i najważniejsze, nie bolała mnie aż tak końcówka pleców ;)

Mam najsłabszy motocykl w ekipie, więc na asfaltach siłą rzeczy jadę najwolniej, nic tu nie wskóram.
Na szczęście bracia gieesowcy (jest chyba jakaś więź między właścicielami bmw ;)) polubili jakoś jazdę za mną (albo widok moich pleców?) i tak sobie we trójkę zamykamy peleton. A za nami Dacia.


Czasem jeszcze dołącza do nas Waldek:


W Alnif przerwa na obiad (ja znów poszczę, wczorajszego wieczora mój żołądek ponownie powiedział dobitne: NIE!) oraz kolejne problemiki techniczne.
Tym razem zaginął prąd w DR Krzycha. Jeszcze nie wiadomo, czy to aku, czy to ładowanie...


Za Alnif zjeżdżamy z asfaltu na drogę do Ikniouln. Jechałam tamtędy w zeszłym roku, fajnie będzie porównać ;)

Droga jest zupełnie przyzwoita i sunie za nami Dacia. Oczywiście odpowiednio wolniej. Myślę jednak, że właściciel wypożyczalni nie byłby zbytnio zadowolony ;)

Droga wiedzie przez kilka wsi, jest ładnym szutrem, ma może ze trzy ostrzejsze kamieniste podjazdy, trochę serpentyn a na końcu kilka brodów (tych jesienią nie było).

No i nieskończoną ilość pięknych widoków dookoła:




Wilczyca sunie:


A tu Jagna, za nią GS-Brothers i gdzieś tam w tyle Daćka ;)


GS-y mają największe problemy na tym odcinku, niestety manewry 300kg maszyną nie są łatwe.
Bracia, przerażeni z początku faktem, że ich wymuskane beemki mogłyby zaliczyć jakiś upadek, zaciskają zęby i podnoszą maszyny...

Jak tylko stajemy w zasięgu wzroku wsi, to po pięciu minutach mamy tłum:


Oj, będą się kiedyś zakochiwać w takich oczkach:


A tu się pogubiliśmy w październiku, bo zamiast zawierzyć w drogowskaz, pojechaliśmy lepiej wyglądającą drogą... A tam czekały (w szczególności na Milenę i mnie) serpentyny z luźnego żwiru i kamieni. Które trzeba było pokonać dwa razy, bo droga okazała się niewłaściwa...

A należało skręcić w prawo:


teraz więc mocno się zastanawiamy na każdym rozjeździe, albo czekamy na Sambora...




Czasem na drodze leżą kamyczki, co właśnie oderwały się od skały, albo łacha piachu naniesiona przez spływającą wodę. Czasem ktoś lekko fika na piasku albo jakieś niespodziewanej skałce, ale to nic groźnego.


Ja, pomimo moich porannych tęsknot za Jagnięciną, jestem bardzo zadowolona z mojej DR. Kilka razy już obliczam w głowie trajektorię upadku, bo moto jest tak przechylone, że MUSI upaść, po czym jakimś cudem prostuję się, odbijam nogą, jadę dalej. Jagnięcina tak nie potrafi... Albo raczej: Jagna na Jagnięcinie tak nie potrafi ;)

A tu taki "mały" kamyczek na drodze. Maciek zajął strategiczne stanowisko i czeka na przyjazd Dacii


chyba trzeba kamyczek odsunąć...


eeee, Daćka nie takie rzeczy w życiu omijała!

(szkoda, że na zdjęciu nie widać bieżnika tylnych opon. Miał mniej więcej 0,001 mm)


to suniemy dalej:
Jagna:


Jagna raz jeszcze (a co, polansuję się ciut)


GS-Brothers tradycyjnie za mną:


Wilczyca zwiedza pobocze:


Krzysiek:


A tu daleko, daleko sunie duma rumuńskiej motoryzacji:


Kończą się górskie serpentyny i kamienie, zaczyna porządny szuter:


Zieleń najzieleńsza z możliwych, wiosenna


Za Ikniouln dobijamy do asfaltu (coś mi się kołacze, że jesienią jeszcze go nie było...)


Jest filmowy zachód słońca:


Lądujemy w Boumalne Dades, w ładnym pensjonacie, tradycyjna kolacja z tajinem w roli głównej.
Ostrożnie próbuję jeść, uff, żołądek jakoś przyswaja gotowane warzywa...
Poranek w Boumalne Dades. Bajkowo? Mało powiedziane!


Może to i jest jakaś odmiana północnoafrykańskiego kiczu, ale taki kicz to ja jestem w stanie znieść ;)

Pakujemy się na dziedzińcu pensjonatu, okazuje się, że Dacia po wczorajszym offroadzie niedomaga na jedno koło.
Dziury brak, ale gdzieś ucieka cenne powietrze. Ale od czego mamy motocyklowe kompresorki!


Jedni się pompują, ja idę pooglądać świat za murami:




Na początek mamy 53 km asfaltem do Tinerhir (Tinghir), skąd odbijamy na północ do wąwozu Todra. Takie marokańskie "must see" ;)

Gaje palmowe koło Tinerhir:


A to już przy wjeździe do wąwozu:


Spotykamy tam polską ekipę 4x4 + ktmy, która mówi nam, że tzw. "łącznik" między wąwozami Todra i Dades jest zasypany śniegiem i nie mamy szans na przebicie się.
Po chwili widzę w wilczych oczkach błysk "ja się nie przebiję?" ;)

Ale na razie jedziemy wąwozem. Ta najwęższa część jest oblepiona "cepelią", majfrendami i turystami. Strach myśleć , jak tu jest w sezonie...








(to ładne czerwone w czarnym to sztuczne!)
DR znów zgubiła prąd, następuje zatem przekładanie aku pomiędzy DRkami Waldka i Krzycha. jeden ładuje, drugi korzysta...

Jest konkretnie ciepło, Sambor walczy z aku, a majfrendzi ciężko pracują ...


Dyskutujemy, co zrobić z łącznikiem. Dacia raczej nie przejedzie, skoro 4x4 zawróciły.
Ale nasi offroadowcy koniecznie chcą spróbować ;)

Ja pamiętam łącznik z października, piękna szutrowa trasa, "jedyna" trudność to przejazd przez kilka łożysk rzecznych. W październiku wody nie było, było za to mnóstwo luźnych otoczaków i przejechanie przez nie było dla mnie sporym wyzwaniem.

Dzielimy się na dwa zespoły. Wilczyca, Maciek na AT, Janusz na KTM oraz Krzychu na DR jadą zmierzyć się ze śniegiem na łączniku, a my dookoła asfaltem. Spotkamy się w wąwozie Dades ;)
Na razie jednak wszyscy jedziemy na północ w stronę Tamtattouchte, gdzie zaczyna się łącznik. Piękna droga (asfaltowa, choć miejscami mocno zniszczona) wije się wzdłuż rzeczki.

Jest bajecznie ;)




czy ja mam jakieś zdjęcie, że GSbracia są osobno?




Ekipa offowa dociera do początku łącznika, reszta zawraca


Ekipa mniej offowa wraz asfaltem do Boumalne Dades, a następnie skręca na północ w kierunku wąwozu Dades. To droga 704, która tak do połowy jest asfaltowa, a dalej jest piękny szuter wspinający się na ponad 3000 m. (Miałam okazję pojechać nim w październiku i uważam go za jeden z ładniejszych kawałków Maroka , jakie widziałam.)

Niestety w marcu nie mamy szans na przejechanie tej drogi, spotykamy się na wysokości łącznika (jeszcze na części asfaltowej) z ekipą off.

Asfaltowa część R704:






w dole rzeka Dades:


w pewnym momencie trzeba wspiąć się od poziomu rzeki na górę efektownymi serpentynami:


aż dojeżdża się do właściwego wąwozu:


który aktualnie był ciut zalany:


Śmiać mi się chce, bo okazuje się, że w październiku, kiedy jechaliśmy od północy, zawróciliśmy właśnie za wąwozem , myśląc, że to już wszystko i nie widzieliśmy tych serpentyn...

Na północ od wąwozu Dades droga wiedzie górą, a widoki przypominają jako żywo Wielki Kanion Kolorado... (poniżej fotki z października)








Tuż za wąwozem spotykamy zabłoconą po uszy ekipę off i spotykamy się w knajpie z widokiem na serpentyny.
Zamawiamy obiad, dzielimy się wrażeniami...


Ja przeprowadzam ciekawą dyskusję z Samborem dotyczącą mojego łańcucha. Poprzedniego dnia stwierdziliśmy zgodnie, że łańcuch był umarł, i nawet nie ma sensu go smarować.
Należy się za to modlić, żeby starczył do końca ;)

Tymczasem łańcuch wydaje coraz dziwniejsze dźwięki. Sambor wykonuje jazdę testową, po czym stwierdza: a może jednak go smarować? ech...

Takie widoki podczas obiadu rekompensują niezbyt przyjemne ceny:


Posileni wracamy do Boumalne Dades (dopiero trzeci raz tego dnia ;))




a następnie bierzemy kurs na zachód na Ouarzazate, zatłoczoną drogą N10.
Jest późne popołudnie i przepiękny zachód słońca. Jednak po jakiś 10 km wszyscy mamy szczerze dość tego zachodu.
Słońce jest tak nisko, że oślepia wszystkich. Każdy jedzie z dziwnie wygiętą głową - w bok, w dół, byle jakoś zasłonić tę pomarańczową kulę...

Dojeżdżamy do Skoury, gdzie znajdujemy nocleg w klimatycznym zajeździe, podobno mocno zabytkowym.
W środku są dwa patia:


z których wchodzi się do pokoi. Też klimatycznych ;)




My jednak wdrapujemy się na dacho-taras, gdzie łapiemy ostatnie promienie zachodzącego słońca.
Niektórzy jakby zamyśleni...


Zaraz znajduje się jakieś winko i tak sobie patrzymy przed siebie:


Wilczyca poczuła wieczorem klimat i postanowiła spędzić noc na dachu. Ja myślałam nad tym tak długo, aż zasnęłam w łóżku ;)

Śniadanie obowiązkowo na dachu:


Rano jak zwykle dopychanie kopniakami bagaży w Dacii oraz pompowanie jej dętki...

Ruszamy w stronę Skoury. Za Skórą odbijamy na północ, w piękną i malowniczą R307 na Demnate. To wąski, górski asfalt o długości ponad 130 km. Obowiązkowy!


Zakrętami wdrapujemy się wyżej i wyżej, co kilkaset metrów zatrzymując się na fotki. Nie wiadomo, gdzie lepiej patrzeć ;)


Dacia goni Jagnę:


Żeńska część teamu:


pojawiają się ośnieżone szczyty:




Droga wiedzie zboczami:


i znów Jagna:


GS-brothers:




Asfalt wąski, ale NIC nas nie minęło przez ponad 100 km !




Jest początek wiosny, dopiero co zeszły śniegi, i droga co jakiś czas jest uszkodzona, wyrwany asfalt, rozmyte podłoże. Ubytki połatane kamieniami... Czasem trzeba przeskoczyć jakiś mniejszy rów...






Czasem asfalt ginie:


Patrzymy z niepokojem na Daćkę - są miejsca, gdzie osobówka po prostu nie ma prawa przejechać nie urwawszy zawieszenia.

Ale Dacia plus Jasio za kierownicą to team, dla którego nie ma przeszkód. Brak bieżnika, żwir na zakręcie, kamienie, rowy - Jasio chyba rozminął się z powołaniem.
Powinien zostać kierowcą rajdowym, i to rajdów terenowych...


W połowie drogi rzeczka i most:




Z rzadka mijamy małe wsie, w dole migają zabudowania. Z gliny, więc wtapiają się pięknie w krajobraz.


Czuć wiosną:








Żeby nie było za dobrze, DR Krzycha (mówiła już, że Krzychu psuł wszystko ;) ) zaczyna kapać olejem. No cóż, znów simmering...


Jeden Krzychu patrzy, drugi naprawia...


W końcu przestaje kapać, ruszamy dalej. W Demnate przypada pora obiadowa, ale jakoś miejsc odpowiednich brak.
Sambor każe grzecznie jechać za nim i lądujemy na lokalnym targu, gdzie za 40 DH RAZEM wszyscy najadamy się szaszłykami, zupą i oczywiście miętową herbatą.

Należy tylko chwilowo zapomnieć o sanepidzie, higienie i innych wymysłach europejskich...


turyści tu nie zaglądają, więc to my jesteśmy atrakcją


Niektórzy jednak nie chcą się skusić na szaszłyka zrobionego brudnymi rękoma. A przecież temperatura grilla na pewno wybiła wszystkie bakterie !


Szaszłyki na planie pierwszym, te żółte:


Oczywiście nikt z nas nie miał potem najmniejszych problemów żołądkowych.
Ruszamy dalej na wschód. Podjeżdżamy prawie do 3000 m n.p.m. i ...


czujemy się jak w Polsce ;)




Asfalt jest czysty, więc problemów brak ;)


krótka bitwa na śnieżki :


po drugiej stronie gór pożegnanie z asfaltem:


Czeka nas 80 km szutru, bardzo porządnego jak widać. Szuter zachęca do szybkiej jazdy
Ale kiedy robi się mocno w dół i trzeba przyhamować, robi się zabawnie. Ja przekonuję się co znaczy stwierdzenie "tylne koło wyprzedziło przednie" na szczęście DR wraca na właściwy tor jazdy ;)

Robi się ciemno, a trafia się mała miejscowość z boku, więc Dacia rusza na zwiady, a my czekamy.


W mieścinie Zaouiat jest coś na kształt hostelu i postanawiamy korzystać.
Zjazd do Zaouiat jest ciekawy:


Maciek najpierw zalicza glebę na jednym winklu, wstaje, jedzie 50 m do następnego i znów kładzie Afrykę. Dla zabawy chyba, bo sam się z siebie śmieje ;)

Wjeżdżamy do wsi, Sambor stoi i czeka, mijamy go i suniemy dalej za Daćką. A Dacia właśnie wpakowuje się w wąskie i strome uliczki, ślepe w dodatku. Jakieś 15 minut zajmuje jej wycofanie się...

W tym czasie podjeżdża jeepem kobieta. Okazuje się, że to amerykanka, która tu sobie po prostu mieszka z rodziną...
W końcu przyjeżdża Sambor i wskazuje właściwą drogę... Mieścina jest bardzo klimatyczna:


to taki raczej "koniec świata". Poprzedni goście w hotelu byli w październku...
pokoje nie nastrajają zbyt optymistycznie:


wiec postanawiamy zanocować pod gwiaździstym niebem na dachu:


co prawda w nocy będzie jakieś +5, ale to doskonała okazja, żeby przetestować puchowy śpiwór ;)
Noc z widokiem na gwiazdy... GWIAZDY, nie taki erzatz jaki mamy w mieście... i do tego szum nieodległej rzeki... Jest pysznie, śpimy we trójkę na dachu, powietrze rześkie...

A ta rzeczka nam szumiała do snu:


Rano Maciek zaczyna od prostowania kilku elementów w AT po wczorajszych bliższych spotkaniach z winklami:


W mojej DR lekko ciągnie sprzęgło, więc najlepszy mechanik wśród wilków bierze się do dzieła:


tradycyjne już pompowanie koła w Dacii i jazda!


Mamy jakieś 40 km szutru przed sobą. Kręty, na zboczach, ale najczęściej gładki jak stół.


Jedziemy nieco niżej, lasem, widoki zatem nowe:


Jest wczesna wiosna. Wczesna wiosna w górach objawia się intensywnym topnieniem śniegu. A to powoduje następnie wezbranie rzek.

A na górskich szutrowych drogach mostów raczej brak, Brody w zupełności wystarczą ;)
Ale wczesną wiosną brody mogą wyglądać tak ...


Rzeka trochę wyszła z koryta. No to jedziemy... wody jest tak na wysokość mojego buta, czyli ze 25 - 30 cm. Rwącej wody. W sumie to nie woda jest problemem, tylko kamienie, które w niej są i nie bardzo są widoczne.


Po kolei wszyscy przejeżdżamy. Stoję i myślę, jak to zrobić.
Rzeczki zdarzało się przejeżdżać, ale nie tak intensywnie płynące...
Podchodzi Sambor i pyta "Jagna, dasz radę czy Ci przejechać?" A ja chyba się ambicji zaraziłam od Wilczycy, bo mówię "spróbuję"...

Oczywiście dokładnie w połowie rzeczki robię swój standardowy błąd, czyli się przestraszam kamienia i odpuszczam gaz. I czuję, że mnie woda przechyla na bok, a boku jak widać jest taki fajny schodek w dół...
nie zostaje nic innego jak ściągnąć nogi z podnóżków i się podeprzeć. Lodowata woda wlewa się górą butów...
Ale co tu zrobić dalej? Ledwo utrzymuję maszynę, przed przednim kołem kamlot, trzeba go wziąć rozpędem. Podsumowując - sytuacja przerosła Jagnę...

Sambor się lituje, ściąga buty i robi za asekurację, dzięki czemu Jagna nie ląduje całkiem w wodzie i jakoś wyjeżdża...
A z drugiej strony patrząc kamieni w wodzie nie widać i w ogóle jakoś lajtowo to wygląda...


Sambor nie wkłada butów, pomaga jeszcze GSom, na końcu Dacia. Woda jest zdecydowanie powyżej progów...
Uff...
Dalej znów fajny szuter i widoki na górę zwaną El Cathedrale:




I kolejna rzeczka, ale tym razem to nawet nie ma o czym wspominać:


Za rzeczką czekamy na Dacię, coś długo jej nie ma. Kapcia złapała ;) dobrze, że nie w tej rzece poprzedniej ;)


Dacia dojeżdża, jedziemy dalej


Kończy się szuter (to już definitywny koniec offa) , zaczyna asfalt, ale nadal jest ładnie. Zjeżdżamy nad zbiornik Bin el-Ouidane




Piękny wiszący most nad rzeką:


Dobijamy do głównego asfaltu... no i dalej jest jakby nudno. Została przejazdówka do promu, którym musimy odpłynąć jutro.

Po południu zaczyna padać, kto ma, wyciąga kondom, reszta moknie.
W okolicy Rabatu zjeżdżamy na wybrzeże i nocujemy w hotelu żywcem przeniesionym z późnych lat 60tych. Piękny futurystyczny wystrój wnętrz...

Wieczorem narada bojowa, Wilczyca i Sambor ruszają na wschód, do Tangeru oddać Dacię, zabrać busa i wpakować do niego TT, która z połamanym wahaczem został w El Jebha.
Po czym wrócić i zdążyć na prom. W dodatku muszą już wziąć nasze bagaże. Niełatwy plan ;)
A reszta w spokoju, po raz ostatni, i korzystając z faktu zrobienia zakupów alkoholowych, urządza integrację.
integracja kończy się zagubieniem komórki przez jednego z braci, zbiciem kilku kieliszków oraz totalną niepamięcią u Maćka, który osobiście zintegrował się z 0,7 l whisky.

Poranek nie był łatwy, w szczególności dla Maćka. Cała ekipa (minus Sambor i Wilczyca, którzy są gdzieś w trasie) zbiera się na śniadaniu, Maciek w samotności dochodzi do siebie.
Taki mamy śniadaniowy widok na niespokojny Atlantyk:


Pakowania niewiele, bo bagaże jadą od wczoraj autem. Drogi też mamy niewiele, dotrzeć do promu w Tangerze, przeprawić się do Tarify i przejechać do Malagi.
Spotkanie z Samborem i Wilczycą ustalone w porcie. Szczególnie dla mnie jest to istotne, bo nie mam biletu na motocykl, w tamtą stronę jechał na busie.

Dojazdu do portu opisywać nie ma po co, autostrada. Jagnięca DR wyciąga z górki i z wiatrem 127 km/h ! Oficjalnie zmierzone jako prędkość maksymalna podróży w Garminie ;)
Łańcuch jest już tak wyciągnięty, że rysuje powoli wahacz...

W porcie czeka nas niemiła niespodzianka. Morze jest niespokojne, promy odwołane.
Jak długo - tego nie wie nikt.
Każą nam jechać do drugiego portu - Tanger Med, skąd odchodzą większe promy, a więc bardziej odporne na wiatr...
Po konsultacjach z Samborem, który ma opóźnienie, postanawiamy przemieścić się 30 km na wschód do Tanger Med.
niestety razem z nami przemieszcza się ulewny deszcz. Dojeżdżamy zmoknięci i zziębnięci.

Prom odchodzi o 17, czyli mamy 2 h, bilety kupione powrotne. Mnie nagle oświeca, że w tamtą stronę przeprawiałam się osobno z Wilczycą, inną kompanią i mam bilet na inny statek...
Nie bardzo wiem co robić. Nie mam ochoty wydawać 50 E na nowy bilet, mój statek odchodzi planowo o 19, ale ciągle nie ma busa, na który mogłabym się załadować... Kolejny telefon do Sambora, spokojnie dojadą na 19. No to czekam, macham chłopakom na pożegnanie.
I przychodzi mi do głowy, że Sambor ma bilet na statek chłopaków, a nie nasz... W dodatku bus jest na niego, więc musi płynąć razem z busem, a bilety są osobno... Eh, zamieszanie...

W końcu znajomy biały bus pojawia się na horyzoncie, okazuje się , że prom chłopaków jeszcze nie wypłynął, podwozimy więc Sambora, może zdąży się załapać...

Czekamy chwilę na parkingu, czy przypadkiem się nie wróci i obserwujemy marokańskie taksówki...


A jednak. Nie wypuszczą człowieka bez auta... Sambor musi płynąć z busem i basta. Kupuje więc drugi bilet, na nasz prom.
Tymczasem okazuje się, że prom nasz, owszem, jest, ale gdzieś w Hiszpanii jeszcze, i na pewno nie wypłynie o 19. Może o 22, a może nie. Inshallah...

Wszystko fajnie, tylko o 5 rano muszę być na lotnisku, które jest po drugiej stronie cieśniny i do którego trzeba jeszcze 2 h jechać.
Zaczyna mi się robić ciepło. Dzwonię do chłopaków, też jeszcze nie wypłynęli, mają już 4 h spóźnienia. Robi mi się jeszcze bardziej ciepło...
Wjeżdżamy do portu, bajzel jak zwykle, nie wiadomo z jakiego stanowiska co odpływa...
Zaczynam kombinować, żeby jednak popłynąć z chłopakami, bez motocykla, ktoś mnie weźmie na pasażera. Sambor twierdzi, że histeryzuję, ale chwilę myśli, patrzy na zegarek, liczy godziny i już nie mówi, że histeryzuję.

Podjeżdżamy szybko pod prom chłopaków, prawie już zamykają klapę i zaczynamy we dwójkę z Samborem uśmiechać się do obsługi, żebym mogła wejść na prom jako Krzysztof Samboroski (w sumie i tak się już nazwisko nie zgadza). Na początku absolutnie nie, w życiu i nigdy, jednak po 10 minutach wbiegam na trap.
Po czym wykonuję najszybszy sprint życia, biegnąc z powrotem. O mało co nie odpłynęłam z biletami Sambora i Wilczycy!
Chłopaki nieco zdziwione moim widokiem, muszę jeszcze pouśmiechać się do braci GS żeby któryś wziął mnie za plecaczek.
W końcu, 22 z minutami, odbijamy... Ufff...

Jednak to nie koniec na dziś. Koło północy zjeżdżamy z promu (a Sambor z Wilczycą jeszcze nie odpłynęli). Mamy jakieś 150 km do Malagi, gdzie mamy zabukowany hotel.
Nie planowaliśmy jazdy nocą, a jedna z DR nie ma świateł, druga nie chce za to odpalić. Waldkową DR odpalamy z przebojami na pych, a Krzychu robi coś z niczego, czyli ersatzlampę:


Ja zasiadam z tyłu jednego z GS1200, ubieram kondom, bo lekko kropi, jest mi sucho, ciepło i śpiąco. I przypominają mi się stare podróże na tylnym siedzeniu GS 1150, po tej samej drodze Gibraltar - Malaga zresztą... Pomruk boxera kołysze mnie do snu i budzę się pod hotelem w Maladze.

Jest 2 w nocy, obalamy Jim Beama i idziemy na godzinę spać.
Teraz dla odmiany nerwy ma Maciek, czy Sambor zdąży dojechać na lotnisko i dowieźć nam bagaże. Zapomniał wyjąć klucze od auta...
O 4 zostawiamy w hotelu motocykle, szpej motocyklowy oraz Maćka i ruszamy na lotnisko.

Tam czeka na nas umęczona ekipa Sambor + Wilczyca (oni nie spali nawet godziny), odbieramy bagaże i to już powoli koniec naszej przygody...

 
PO GODZINACH
 
 
 
   
Ta strona (jak większość stron w internecie) używa cookies, czyli po polsku ciasteczek. Do czego są one potrzebne możesz dowiedzieć się tu.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Jeśli chcesz, możesz zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak, aby nie pobierała ona ciasteczek.

Projekt i wykonanie: Tadeusz Mazeno Dzięgielewski mazeno@op.pl, megaPrzygoda.pl 2014

badania geotechniczne, usługi geologiczne, geolog, geologia, zielona góra