AGea-geologia logo
OFERTA NADZÓR BUDÓW O FIRMIE KONTAKT
     
 
PO GODZINACH
 




PO GODZINACH


Jagnię w sosie potrójnie afrykańskim
czyli Rumunia raz jeszcze


W Rumunii (prawie) każdy porządny motocyklista był.
Opisów tychże wyjazdów było mnóstwo.
Ale każdy z nich inny.
Ten będzie najprawdziwszy.
Bo mój ;)

Relacja będzie z mojego i tylko mojego punktu widzenia. I siedzenia.

Czyli niewielkiej (ale tylko ciałem) motocyklistki na niezbyt wielkim motocyklu - BMW F650GS, o jeszcze bardziej niewielkim (bo rocznym) doświadczeniu.
Za to w otoczeniu trzech potężnych Afryk. Z czego jedna miała 6 kufrów i była przepotężna.

Było ich trzech:
Bliźniak
Rychu72
Raf
I do tego Jagna (albo Jagnię... ciągnięte na rzeź)


Bliźniak i Rychu wiedzieli w co się pakują, bo mieli okazję ze mną pojeździć. Biedny Raf przekonał się dopiero organoleptycznie...

A tak bardziej serio: ofiarą nie jestem;) jeździć umiem, ale pozaasfaltowego doświadczenia było brak, poza kilkoma króciótkimi wypadami podczas Szparagowych weekendów i sporadycznego jeżdżenia wokół komina po polnych dróżkach.
Umowa zawarta w lipcu brzmiała: kostek nie zakładamy, kufry boczne bierzemy, offem nie jeździmy.
Złamanie umowy nastąpiło jakieś 20 km po przekroczeniu granicy rumuńskiej
Podsumowując: relacja będzie z punktu widzenia początkującej w offie i innych takich rumuńskich. Doświadczonych prosi się o nie komentowanie typu "ale w czym jest problem?". Też tak będę kiedyś mówić !

Wyruszamy 10 września. Straszą mnie pogodą (Wojtek, jednak nie zawsze Karpaty we wrześniu = deszcz) a jak straszę nią chłopaków. Codziennie będą mi wypominać ciepłe ciuchy, które niepotrzebnie wzięli. Czy ja im kazałam, czy co? Sama dokupiłam dwie wełniane koszulki na wyjazd...

Ja mam najdalej, bo Zielona Góra. Dobijam do Bliźniaka we Wrocku, pod Opolem zgarniamy Rycha, a pod Krakowem Rafa. I już grzecznie razem ruszamy na Rumunię. Dojazdówki opisywać chyba nie trzeba...
Już po ciemku lądujemy w Satu Mare i dość szybko sobie uświadamiamy, że noclegu pod dachem nie będzie. W każdym przybytku wesele...

No to namiot. Po ciemku trochę ciężko znaleźć fajne miejsce, dookoła same pola. Na jednym z nich widzimy opuszczoną (albo nigdy nie uruchomioną) stację paliw. A za nią całkiem przytulne miejsce na rozbicie namiotów. Z drogi kompletnie nas nie widać :lol: Za to strasznie głośno od tej drogi. Ale od czego w końcu są stopery :lol: Co prawda rano coś tam Rychu gada, że budził, że nikt nie reagował, a w ogóle to kto to widział tak długo spać.

Rano okazuje się też, że spaliśmy pod drzwiami motelu. Może trzeba było wejść?


Znajdujemy ładną miejscówkę na śniadanko:


I ruszamy dalej. W planach dojechanie w okolice południowego krańca Transalpiny. Ostatnie zdjęcie mojego czyściutkiego geesika:


drogi wybieramy boczne:


i coraz bardziej boczne:


Ja przy kolejnych błotnych koleinach, nad którymi majtam nóżkami nad ziemią ogłaszam bunt. Raf jedzie do przodu zorientować się w sytuacji i stwierdza, że lepiej nie jest. Ogłaszamy zatem odwrót. Na szczęście jedyny podczas wyjazdu.

Ale za to wjeżdżam niechcący w największą kałużę i wyglądam teraz wraz z moim moto najbardziej profesjonalnie ze wszystkich ;)


Kolejne szutry i błotka są mniej problematyczne i daję radę. Co oficjalnie obwieszcza Bliźniak:


Znów zjeżdżamy w boczne wioskowe drogi i szukamy noclegu, bo powoli ciemno się robi. Fajnie by było się umyć po dwóch dniach w temperaturze 30 stopni i jeździe kurzącymi szutrami :D A dookoła tylko krowy i owce. Nagle, prawie jak fatamorgana na pustyni, w środku zapadłej wsi pojawia się Casa David. Trzygwiazdkowa!


Brama otwarta, bruk nieco zarośnięty, wjeżdżamy. Nikogo. Drzwi otwarte, w recepcji nikogo. W barze nikogo. W hotelu nikogo! Rozłazimy się po hotelu krzycząc "helooou!". Pokoje otwarte, Bliźniak odkrywa basen, ani żywej duszy. Dostajemy powoli głupawki z całej tej sytuacji i stwierdzamy, że przejmujemy hotel przez zasiedzenie.

Raf i ja odkrywamy jednak mieszkanko z boku, wchodzimy, a tu babinka w chustce struga kartofle. Nie wiem, kto jest bardziej zdziwiony. Babinka macha rękoma i coś tam tłumaczy po rumuńsku, więc grzecznie się wycofujemy do hotelu. W końcu (pewnie obudzony przez babinkę) pojawia się zawiany nieco gość. A po paru telefonach jeszcze z pięciu kolejnych. Pokój - proszę bardzo! 20 € za noc. Za wszystkich! A może kawy? Ursusa? Casa David w Cib - polecam!
Resztę wieczoru spędzamy obserwując sielską wieś. Krowy wracają z pastwisk, babinki zaganiają je do obór, wóz konny jedzie, wóz z mułami jedzie... Samotna krowa idzie... I pies jakiś... Fajnie jest...
Ponieważ wszyscy śpimy w jednym pokoju, tym razem Rychu i jego wczesne pobudki górą. Nie szans udać, że się go nie słyszy... i nie widzi...

Skuszeni niską ceną pokoju zamówiliśmy wczoraj śniadanie. Za pomocą słowniczka polsko - rumuńskiego znajdującego się na końcu przewodnika. Udało nam się sklecić coś w stylu "śniadanie - jutro - ósma" .
Później Bliźniak próbował konwersacji po angielsku, ale gość za barem z promiennych uśmiechem powtarzał każde wypowiadane przez niego słowo. Podobno z doskonałym akcentem :lol:

Schodzimy na dół, śniadania ani śladu. Czy w wydawnictwie "Bezdroża" uwzględnią naszą reklamację? Na szczęście do przybytku zagląda angielskojęzyczna mieszkanka wsi (która zresztą robi spore wrażenie na męskiej części ekipy;) ) i tłumaczy, że śniadania ciut się spóźni. W końcu jest:


Nie ma co prawda masła, ale nie chce nam się już szukać w słowniku.
Rychu próbuje słoniny, nieco twardawej:


Już prawie skończyliśmy, a tu wjeżdża jajecznica i ... masło. Hmmm.
Wylewnie żegnamy się z całą dostępną obsługą (pewnie za miesiąc trafią im się następni goście) i jedziemy dalej.
Ruszamy wąską asfaltową dróżką dalej przez wieś. Dróżka kończy się na czyimś podwórku.

GPS pokazuje, że droga biegnie obok. No biegnie, ale czy droga? Jakaś babinka-pasterka pokazuje, że jechać, jechać.
Dobrze, że mam ciemne okulary, bo mój wzrok mógłby zabić. Ja mam zawrócić na tym kamienistym wąskim czymś, a potem zjechać ostro w dół tym wąwozem? O nie!

Zjeżdża mi Raf (mam nadzieję, że Was nie wyklną za siadanie na BMW ;) )

Dalej szuter z kamieniami, jadę sama. I kolejny ostry zjazd w dół, w połowie którego uświadamiam sobie, dlaczego GS tak dziwnie hamuje. A w zasadzie nie hamuje. Bo ma ABS włączony!!!! A na dodatek nie pamiętam, jak go się wyłącza!!!
Kolejny raz mam chęć mordu w oczach. Nie umiem się pohamować i głośno mówię (padło na Rycha) co myślę o umawianiu się na jedno i robieniu drugiego. Oraz ciąganiu niedoświadczonych w teren. I jeszcze chyba o roli kobiet w motocyklizmie. ;(

Chłopaki nic nie mówią i puszczają mnie przodem. Na szczęście to był już ostatni ostry zjazd...
Przed nami już tylko kamienisty szuter. Za to z brodami. Przecież ja w życiu przez wodę nie jechałam! A tu jeszcze za rzeczką trzeba ostro pod górę skręcić. Miotnęło mi tyłem nieźle, ale jakoś wyjechałam. Następne dwa brody z jazdą na wprost to już lajcik był...


Po wyjechaniu na asfalt Bliźniak stwierdza: "Jagna, pod koniec to już chyba trójkę wrzuciłaś!"
A co!

Jak ktoś ma ochotę, to droga 705D z Cib na południe zaprasza serdecznie :P

Dojeżdżamy do cywilizacji, czyli Petrosani, gdzie Bliźniak udaje się na poszukiwania dorabialni kluczy, bo wieczorem miał okazję złamać ten od kufrów i ma mały problem.
Ja w międzyczasie usiłuję od różnych bardziej zorientowanych w temacie uzyskać przepis na wyłączenie ABSu. Przepis ten jednak w ogóle nie chce się sprawdzić w rzeczywistości... Dopiero 2 dni późnej wspólnymi siłami wpadamy na rozwiązanie :lol: Ach ta zaawansowana niemiecka technologia...

Gnamy dalej w kierunku Transalpiny, po drodze zatrzymując się w Mănăstirea Lainici.


Już uświęceni ruszamy dalej na trasę. W końcu mamy tę Transalpinę!
Bliźniakowi bardzo podobały się łączki obok drogi. Afryka wręcz nie chciała jej opuścić:


Trafiliśmy na sam koniec asfaltowania. Ostatnie resztki:


Asfalt nówka:


Chyba w najwyższym punkcie Transalpiny:


Moje pierwsze agrafki. Muszę stwierdzić, że jako pasażerka bardziej się bałam przepaści...


I trochę dalej:










BMW też sobie zjechało na łączkę, ale na szczęście nie miało (jak Afryki) potrzeby bliższego bratania się z glebą :D




Zjeżdżamy na dół, na północnych agrafkach jeszcze częściowo brak asfaltu, ale jest piękny wyrównany tłuczeń.
Na koniec coś nam się myli i zjeżdżamy 7C na zachód, gdzie znów mamy trochę szutrów. Zawracamy i dalej na północ, nad jezioro Oasa, gdzie nawet znajdujemy coś w stylu pola namiotowego.

Rychu na pole wjeżdża z impetem:


Ale później jest już dobrze ;-)


Nocleg pod namiotem, w górach, we wrześniu... Hm. Już wiem, po co kupiłam wełnianą bieliznę... Było baaardzo przydatna...

Rano wszystko jest mokre i zimne. Zebranie się do kupy trwa jakby ciut dłużej.

Po tym nieco dłuższym zbieraniu się jedziemy Transalpiną (67C) do końca, do Sebeş, obok którego Rychu wynalazł jakąś ciekawostkę zwaną małą Kapadocją. Dojazd szutrem, jak to na wsi rumuńskiej. Ale wcześniej jeszcze kilka nawrotek po Sebeş, bo nie do końca wiemy gdzie jechać. Nawrotki polegają m.in. na jeździe pod prąd na rondzie oraz skręcaniu na zakazie. A Raf prawie fika przy wyjeżdżaniu z koleiny głębokiej chyba na 20 cm.


A końcówka po wyschniętej łączce:




I kolejna lekcja terenowa dla mnie: jak już jedziesz ostro pod górę po czym śliskim (np. po wyschniętej trawie...) to nie usiłuj się zatrzymać w połowie. Nawet jak ktoś przed tobą (RYCHU!!!!) to robi. Klamka hamulca na maxa, a bmw powolutku stacza się w dół... Kolejny raz Raf ratuje sytuację i łapie całość w ostatniej chwili...

Ale "Mała Kapadocja" ładna...


Niektórzy podjechali popatrzeć z drugiej strony i też mieli przejściowe problemy (2:1 dla Rycha).


No i w końcu można zacząć Transfagaraską, od północy.


Straszyli nas, że od jednej strony asfalt bardzo dziurawy. Albo my już na dziury po tych szutrach nie zwracaliśmy uwagi, albo coś się komuś pomyliło.


Jedno z tych trzech to ja:




Motocykli jak na lekarstwo, spotykamy chyba dwóch Niemców i parę Serbów, na AT oczywiście...


A w ramach wspomnień, to samo, ale lipiec AD 2005, jako pasażerka jeszcze:


Jakoś tak, po sześciu latach, trasa nie robi już na mnie takiego wrażenia. Może dlatego, że w między czasie było sporo alpejskich przełęczy? Ale na chłopakach też ta trasa robi mniejsze wrażenie niż transalpina.

Zjeżdżamy na południe powolutku, z zatrzymywaniem na fotki co 500 metrów. Dojeżdżamy do jeziora Vidraru, gdzie Raf daje hasło do zjazdu z asfaltu i szukania noclegu w pięknych okolicznościach przyrody.

To zjeżdżamy, do kempingu 9 km szutru:


Kemping. Hmmm. Lata 70-te? A może raczej 60-te? W każdym bądź razie wiekowe. Domki kempingowe są tak oldskulowe, że musimy w nich zanocować :lol:


A konie i krowy na polu namiotowym były gratis:


Na kempingu nawet były łazienki, też mniej więcej z lat 70tych. I bez ciepłej wody. I drzwi. Za to z grzybem. I żabą.


Na bezczelnego podeszłam do właściciela z zapytaniem. gdzie mogłabym umyć się w CIEPŁEJ wodzie. I dostałam klucz do pokoju w hotelu :lol: Grzyb co prawda też był, ale nie było chociaż żab.

Wieczór Afrykańcy poświęcili na roboty warsztatowe. Właścicielki BMW miały wolne.


Rychu znalazł chyba element, który zablokował mu rano tylne koło:


a Bliźniak doszedł w końcu do ładu ze swoim ssaniem i nareszcie przestało za jego AT śmierdzieć jak za rafinerią płocką ;)
co naprawiał Raf, to już nie pamiętam, ale na pewno coś było ;)

Rano budzimy się w superdomkach produkcji wczesny Ceauşescu, robimy ciepłą kawkę i ruszamy dalej.
Nie ma jak kilkanaście km szutrów na dzień dobry
Kurzy się straszliwie, jedziemy pod słońce, więc momentami nie widać nic.


Objeżdżamy dookoła jezioro Vidraru, na moście pamiątkowa fotka pod słońce:


a tu samo jezioro:


Jestem już fachowo brudna:


Ostatnie km szutru i wyjeżdżamy tunelem na tamę jeziora Vidraru, wracając na transfogaraską:


Po cholerę ten napis?


Ale samo jezioro ładne:


Wracamy do cywilizacji, czyli asfaltu. Jeszcze sporo ładnych (choć już nie wysokogórskich) zakrętów tranfogaraskiej przed nami. Dobijamy do Curtea de Argeş, gdzie można zwiedzić ładną cerkiew metropolitarną z XVI wieku. Kolejny raz dziwi nas sam zachowania cerkwi w porównaniu do reszty Rumunii...






Z Curtea de Argeş bierzemy kurs na wschód, na Sighi?oarę i w dalszej perspektywie na wąwóz Bicaz. Ale oczywiście nie ma mowy, żeby jechać cały czas głównymi drogami.

Zbaczamy więc z 73 na 730, bo jest ładny wąwóz. Droga płatna, ale nie wiem ile, bo chłopaki stawiają:




A później Bliźniakowy GPS proponuje kolejny skok w bok, w drogę 730A. Jaki piękny fragment Rumunii! i jakiś bogatszy zdecydowanie... Wśród zielonych wzgórz porozrzucane domki, o pięknej architekturze i ładnie utrzymane. Coś mi to wyglądało na domki letniskowe klasy wyższej :lol: A jaki asfalt! tu pachniało projektami unijnymi...




Tuż za wsią asfalt jak zwykle się skończył...




oczywiście za długo nie mogło być miło z tym szutrem, i pojawiło się to co kocham najbardziej: ostry zjazd w dół po kamieniach. Z nadal nie wyłączonym abs-em. Nie. Nie. I jeszcze raz nie.

Tym razem padło na Rycha. Biedaczek musiał wspiąć się na górę (było chyba ponad 30 stopni) i zjechać bmw...
Ale dalej znów było ładnie:


dojechaliśmy do biedniutkiej wsi, gdzie Rychu miał sposobność porozdawania resoraków, których miał pełne sakwy. Trafiły w odpowiednie ręce :lol:

Wracamy na nieco główniejszą drogę, nad którą od czasu do czasu pojawia się takie coś:


Do czego to? Miał być wiadukt? A może konstrukcja do wieszania "cały naród popiera swego przywódcę?"
Dojeżdżamy do miejscowości Bran, gdzie znajduje się jeden z zamków królewskich. Jak na królewski, to dość skromny, przytulny wręcz :lol: Ale warty zajrzenia. Choć tylko 1/2 ekipy się skusiła, druga połówka wybiera knajpę i bezalkoholowego Bergbiera :D




W zamku krótko opisana historia ostatnich króli rumuńskich. Spodobała mi się siostra jednego z nich, Elena bodajże. Wyszła za mąż, kilkoro dzieci, owdowiała, wyszła drugi raz za mąż, rozwiodła się, po czym została mniszką. Nie ma jak spróbować wszystkiego w życiu :D

W planach mamy kolejny zamek, tym razem tzw. chłopski, Rasnov, ale gdy chłopaki widzą, ile się do niego trzeba przejść pod górę, to rezygnują. A ja już tam byłam. Więc lecimy dalej, na północ, na Sighi?oarę.
Kolejny raz Bliźniakowy GPS proponuje kolejny skok w bok, mamy już późno popołudnie, więc postanawiamy na tym boku znaleźć fajne miejsce na namiot. Nad rzeczką najlepiej. Droga w bok ma numer, a jakże, i drogowskaz mówiący "wieś xxxx 9 km". (to było chyba 131P, lub 104K)

Początek niczego sobie:




Ale potem coraz gorzej. Najpierw szuter przechodzi w dwie koleiny na polu, a potem wkracza w las, gdzie gałęzie walą prosto w pysk. Za dużego ruchu to tu chyba nie ma... W końcu stajemy przed kolejną kałużą, nieco większą. Kij zanurzony w kałuży pokazuje głębokość koło 0,5 metra, ale nie bardzo chce nam się cofać te 5 ostatnich km. Objeżdżamy błotko polem, przejeżdżamy przez rzekę, której nie ma (a nad nią chcieliśmy biwakować), jakieś wąwozy z zaschniętego błota , kolejne pola i w końcu znów mamy szuter...


Szuter zaprowadził nas do wsi:


Ucieszyło mnie to, bo wieś oznacza dojazd do cywilizacji i z reguły do wsi dochodzi jedna asfaltowa droga. Niestety ta reguła nie dotyczyła wsi Cobor...


Jesteśmy w środku Transylwanii. Do 1989 mieszkała tu głównie mniejszość niemiecka, która uciekła , kiedy tylko otwarto granice. I teraz jest, jak jest. Domy są albo opuszczone, albo zasiedlone przez Cyganów. Tak czy siak, widok niezbyt budujący...
Jest późno, a my w środku niczego. Okazuje się, że najlepsza droga, która prowadzi do Coboru, to właśnie ta, którą przyjechaliśmy...

Chłopaki rozjeżdżają się na różne strony wypatrzyć drogi na Jibert (na mapie i w GPSie oczywiście jest). W pewnym momencie z jednego z domów wychodzi Cyganka z dzieckiem i Rychu podchodzi z cukierkami, zagadując do angielsku o drogę. A Cyganka po angielsku odpowiada! Rychu jest tak zaskoczony, że zostawia im chyba z kilo cukierków. Ale odpowiedz Cyganki fajna nie jest: tak, to jest właśnie droga na Jibert i ta droga jest zła. No jak już tutejszy mówi, że jest zła, to można się spodziewać katastrofy...
Ale nie bardzo mamy inne wyjście.

Wraca Raf z rekonesansu i pada decyzja "jedziemy"

A to nasza droga na Jibert:


Widok z kokpitu Bliźniaka, droga najładniej wygląda na GPSie... 28 to temperatura niestety...


Początek nie jest zły, widać, że traktory czasem tędy jeżdżą:


tyle, że dojeżdżają tylko tu:


Jesteśmy na środku pastwiska. I co ja mam robić dalej? Zagubione Jagnię wśród owieczek :)




Raf rusza na poszukiwanie drogi (GPS twardo ją pokazuje), a Rychu do pasterzy, gdzie po raz drugi doznaje szoku kulturowego. Jeden z pasterzy mówi po niemiecku! I twierdzi, że tam, o tam! , pod lasem hen jest droga do Jibert. W tym samym czasie Raf spod lasu też do nas macha. Co prawda jego AT jakoś dziwnie jakby wygląda... Niższa, czy co...
No to jedziemy do Rafa pod ten las... Nawet fajnie, dziur brak, tylko drzewka trzeba wymijać...


Raf zdążył już podnieść Afrykę i mamy chwilowo wynik Rychu : Bliżniak : Raf : Jagna 2:1:1:0 . Mowa o bliższych spotkaniach maszyny z powierzchnią ziemi oczywiście...
Ale jest droga! I nawet prowadzi w tym kierunku, co trzeba! Niestety radość nie trwała długo (3:1:1:0):


Koleiny zaczęły się robić coraz fajniejsze i zakończyły się w kompletnie nieprzejezdnym błotku. Znów omijamy drogę polem (i znów oddaję bmw w dobre ręce :) ) i znów jesteśmy na środku niczego.


Już prawie 3 godziny, odkąd zjechaliśmy z asfaltu, a mamy może 10 km przejechanych... Mamy już dość, na szczęście na wesoło... W końcu pojawiają się ślady drogi i widać wieżę kościoła. Mamy nareszcie widoczny cel jazdy!


Jeszcze trochę jazdy po pastwiskach i zjeżdżamy do Jibert, gdzie... niemożliwe...a jednak... pod krowimi niespodziankami... był najprawdziwszy asfalt! Co prawda więcej było dziur niż asfaltu, ale jednak!


Z naszych planów biwakowo - ogniskowych nie zostało nic, dojechaliśmy po zupełnym już ciemku do głównej 13stki (po drodze wpadaliśmy w takie dziury, że byłam na 100% pewna uszkodzeń moto) i wylądowaliśmy w pierwszym z brzegu motelu.

Wieczoru nie bardzo pamiętam, ale zdaje się, że bardzo uszczuplały Bliźniakowe zapasy żołądkowej gorzkiej. A zdjęcia nie bardzo nadają się do publikacji.

Z całego dnia (który dla mnie był najtrudniejszy w całej mojej krótkiej karierze motocyklistki) najbardziej pamiętam zdanie Rafała "myślałem, że w tych dwóch miejscach nie dasz rady". :D

Kolejny dzień zaczynamy od kiełbasy na gorąco. W końcu coś trzeba zrobić z zapasami na ognisko, którego wczoraj nie było. Ciekawe, co powiedziałby właściciel motelu (***), widząc kuchenki na środku pokoju?
Do Sighisoary mamy rzut beretem, wbijamy się w centrum jak najbliżej Starego Miasta i ruszamy na zwiedzanie. Oj, ucywilizowała się i uzachodniła Sighisoara od mojego poprzedniego pobytu... Stare Miasto jest piękne, brukowane uliczki, kolorowe kamieniczki, knajpki itp. Ale ruinki też można znaleźć... W każdym razie, średniowieczne Stare Miasto Sighisoary to punkt obowiązkowy w Rumunii.


|







Robimy obowiązkowy postój na kawę w knajpce z widokiem na rynek, siedzimy i patrzymy sobie chwilę na życie codzienne Rumunów i jedziemy dalej.

Raf zaciąga nas do jednego z licznych tu kościołów obronnych, do Biertanu. Ten jest jednym z lepiej zachowanych. Kościoły te budowano od XIII do XVI w obronie przed Turkami. Jesteśmy ciągle w Transylwanii (albo jak kto woli Siedmiogrodzie), więc są to kościoły ewangelickie, bo to tereny mniejszości niemieckiej.
Biertan z daleka:


Wjazd mamy dobry. Wejście do zabytku jest mało widoczne, więc prowadzący Bliźniak objeżdża kościół, końcówkę po ścieżce, wystarczająco szerokiej, tyle, że kończącej się furtką i trzema schodkami. Projektanci furtki niestety nie wzięli pod uwagę przejazdu Afryki z sześcioma kuframi. BMW z kuframi się mieści :D
to czekamy na Bliźniaka, aż się rozpakuje:




Oczywiście tuż przy furtce, z drugiej strony, jest wejście do kościoła-twierdzy. Sam budynek kościoła jest zwyczajny, ale jego otoczenie i mury obronne robią niezłe wrażenie.








Z Biertanu nieco bocznymi (ale asfaltowymi) drogami jedziemy na północ i dobijamy do 14, a następnie 13 B na północny wschód. Cel - wąwóz Bicaz, gdzie nikt z nas jeszcze nie był.

Wąwóz fajny, tylko jego długość nas nieco rozczarowała. No i wszędobylska cepelia... Ale na to chyba już nie ma rady...






Nie do końca wiem jak, ale Raf robiąc zdjęcie opiera Afrę o kamienny murek (nieplanowanie oczywiście) i ostatecznie traci nadwyrężone pod Coborem lusterko. Wynik zmienia się po raz kolejny (acz nie ostatni) Rychu: Raf : Bliżniak: Jagna 2:2:1:0.
Wąwóz Bicaz to nasz najodleglejszy punkt w Rumunii (dla mnie: 1336 km od domu), więc w zasadzie zaczynamy stąd już wracać.

Gdzieś po drodze zahaczamy jeszcze o szutry:


I szukamy noclegu. Mamy przed nosem jezioro (jak zwykle sztuczne), a na mapie kemping. Kolejny raz przekonujemy się, że kempingi w Rumunii występują głównie na mapach. Nie widać nawet śladu drogi, która miałaby do niego prowadzić. Ale jedziemy za to ładną drogą (15) wzdłuż jeziora Muntelui która wije się prawie jak transfogaraska. Chłopaki stwierdzają, że mam na nich poczekać w pięknych okolicznościach przyrody, aż oni coś znajdą. (Pewnie chcieli w końcu pojeździć beze mnie :) ). No to czekam i kontempluję widoki:


Aż dzwoni Rychu, że mam zjechać na dół, bo mają domek. Wieczór upływa nam tradycyjnie, czyli zupki chińsko - knorrowe + nalewki Bliźniaka (Już wiem, po co mu było tych 6 kufrów i sakw. Ma nieograniczone chyba zapasy alkoholu!).
dodatkowo mamy dyskusje, kto śpi na podłodze, bo łóżka są trzy. Ale za to dwie łazienki! I to bez żab i z akceptowalną ilością grzyba :)

Wyruszamy rano na północny wschód, powoli kierujemy się ku granicy węgierskiej, ale jeszcze kilka rzeczy po drodze chcemy zobaczyć. Jedziemy drogą 15 wzdłuż jeziora Muntelui a na koniec przejeżdżamy przez dziwny most w kształcie litery T, czyli rozdwajający się na końcu


Zjeżdżamy na 17B i zaczyna się lekki koszmar. Szutry i piaski to było miodzio przy tym asfalcie. Jest więcej dziur, niż asfaltu i jak w kolejnej słyszę łupnięcie z tyłu, to już jestem pewna jakieś małej katastrofy w zawieszeniu. I tak kilometrami... Omijanie jednej dziury kończy się wjazdem w drugą i trzecią...

Jak już trafi się kawałek w miarę całego asfaltu, to są jacyś dziwni uczestnicy ruchu:


Tego dnia czuć już wrześniem, do południa temperatura oscyluje koło 12 stopni i w końcu afrykańcy przestają żartować z moich termoaktywnych kalesonek. Myślę sobie, że mi nawet zazdroszczą ;) Oprócz Rafa, który dopiero w tej temperaturze w końcu zamienia zbroję na kurtkę.

Po drodze nawet ładnie:


W porze obiadowej dojeżdżamy do Barsy, gdzie niestety moje BMW doznaje bliższego spotkania z asfaltem. W końcu chłopaki przestaną gadać "jak to możliwe, że jest jeszcze położyłaś?" . Ale to i tak wszystko wina jednego z sześciu kufrów Bliźniaka ;) Jakby tak nie wystawał na bok, to bym przy wymijaniu o niego nie zahaczyła swoim...

W każdym razie zrobiłam popisowe łup na lewo, a auto jadące obok zdołało wyhamować jakieś 70 cm od mojej głowy.
Jak się już wywalać , to porządnie, więc przy okazji złamałam klamkę sprzęgła i to dość nieszczęśliwie, bo na przegubie mocującym ją do kierownicy. Sama klamka jest cała...

Africa Team udziela pomocy:


Ale nie bardzo jest co ratować:


Mamy już wizję szukania na rumuńskiej prowincji kogoś, kto potrafi spawać aluminium, kiedy Bliźniak dostaje olśnienia i przypomina mi, że mam przy sobie poprzednio złamaną klamkę. Być może ten "przegub" przy niej będzie. Był! I w 5 minut z dwóch klamek robimy jedną i można jechać dalej... Ufff...
No to teraz mamy: Rychu: Raf : Bliżniak: Jagna 2:2:1:1.

Po obiadku ruszamy dalej. Przy drodze zaliczamy obiekt z listy Unesco: Mănăstirea Bârsana. To klasztor w stylu maramureskim, piękny i zadbany.


Ale zabytek to nie jest żaden, o czym mówi nam pop:


zbudowano go w latach 90tych


Dalej jedziemy wzdłuż granicy ukraińskiej i zaglądamy jeszcze na Wesoły Cmentarz (Cimitirul Vesel) w miejscowości Săpânţa. Każdy nagrobek jest wściekle kolorowy i opowiada o życiu i śmierci danej osoby.


ten był murarzem:


a ten górnikiem:


a tu? czerwone majtki, serce, dwóch mężczyzn,.. hmm... interpretacje mogą być różne...


Do Satu Mare zostało nam niewiele km, chcemy ostatnią noc spędzić pod namiotem, więc szukamy jakiejś fajnej łączki:


Ale towarzystwo zaraz mamy:


Noc jest bardzo zimna, znów bardzo się cieszę z wełnianej bielizny ;) Niektórzy budzą się już o piątej z zimna. W końcu koło 7 wszyscy są na nogach i patrzymy na termometr: +6. Chyba w końcu nadszedł dzień, że mogę wypróbować polarową kominiarkę ;) Ledwo mieści się pod kaskiem, ale jak cieplutko w nosek! (D. udał Ci się prezent!)

Ruszamy na granicę, wydajemy ostatnie leje na stacji benzynowej. Tu jedyny zgrzyt rumuński: kasjerki krzyczą, że mamy płacić za paliwo, a nie łazić po sklepie (wybierałam jeszcze jakieś piwo). A kolejki wcale nie było...

Węgry przejeżdżamy gminnymi drogami, ale wszystkie asfaltowe. Trochę mnie dziwi, czemu Garmin ma jakąś przerwę w drodze, ale zaraz się dowiadujemy: przeprawa promowa. Dobrze, że nie bród ;)


Węgry kończą się w oka mgnieniu, i już mamy Słowację. I dalej drogi gminne. Ale mocno cygańska ta część Słowacji i jak to zwykle idzie w parze, drogi też bardziej dziurawe. A w pewnej wsi to skaczemy wręcz na maszynach, takie są muldy ;)
Gdzieś w połowie Słowacji Rychu z Rafem stwierdzają, że chcą spróbować innych gminnych dróg i się rozdzielamy. Ja i Bliźniak dobijamy do knajpy, stawiamy maszyny na miejscu widocznym z daleka i delektujemy się kuchnią słowacką. A ich nie ma. I nie ma.

W końcu są. Raf zsiada i opowiada. Otóż jechali. Ale chyba ciut za szybko jak na zakręt, którego nie widzieli... Rychu wylądował w rowie, Raf go jakoś przeskoczył. Raf wyszedł bez szwanku, gorzej z Rychem. Stopa puchnie i boli, Afra nie ma owiewki z przodu i jeszcze kilku innych rzeczy, ale jedzie. Usiłujemy przekonać Rycha, żeby dojechać pod Kraków, do Rafa i tam do szpitala (i tak mieliśmy plan nocować u Rafa). Ale on się zapiera, że musi do Opola, a jak już wskoczy na autobanę, biegów nie musi zmieniać i da radę. Częstuję go ketonalem i jedziemy... Późnym wieczorem docieramy do Opola i Rychu udaje się na prześwietlenie, a potem:


Jednym słowem, Rychu pobija wszystkich w naszej "glebowej" konkurencji...

Na szczęście reszta dociera w całości już po ciemku do Wrocka, a ja rano ruszam na Zieloną Górę. Mam akurat tyle czasu, aby wziąć prysznic, przebrać się i ruszamy uśmiechnięci do pracy ;)

A podsumowaniem tego wyjazdu dla mnie może być to zdjęcie z początku podróży:


później było już tylko lepiej ;)

Mam nadzieję, że Afrykańcy (i ci połamani, i ci cali) nie umęczyli się aż tak jazdą za mną (choć momentami na zakrętach mieli dość, nie zaprzeczać mi tu) i jeszcze kiedyś się skuszą na wspólną jazdę.

Sporo się przy Was nauczyłam ;)


 
PO GODZINACH
 
 
 
   
Ta strona (jak większość stron w internecie) używa cookies, czyli po polsku ciasteczek. Do czego są one potrzebne możesz dowiedzieć się tu.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Jeśli chcesz, możesz zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak, aby nie pobierała ona ciasteczek.

Projekt i wykonanie: Tadeusz Mazeno Dzięgielewski mazeno@op.pl, megaPrzygoda.pl 2014

badania geotechniczne, usługi geologiczne, geolog, geologia, zielona góra